niedziela, 15 września 2024

Fascynujący lot Fruczaka


Ostatnie dni, to spadek temperatury i duża porcja opadów deszczu. Czy to już definitywnie koniec lata … A koniec lata kojarzy mi się z między innymi z motylim tańcem. Na działce mamy Budleję Dawida, zwaną potocznie motylim drzewkiem. Przychodzi taki moment, kiedy wokół jego kwiatów tańczą całe tabuny motyli. Pojawia się tam też gość specjalny – Fruczak gołąbek. Według Wikipedii – motyl z rodziny zawisakowatych (dłużniec gwiaździk - Macroglossum stellatarum). Moje pierwsze spotkanie z „zawisakiem” miało miejsce kilkanaście lat temu. Siedząc na werandzie domku letniskowego, któregoś wieczora zauważyliśmy małe stworzonko, szybko poruszające się od kwiatu do kwiatu rośliny, pokrywającej siatkę zawieszoną na konstrukcji altany. Pierwsze skojarzenie – to chyba koliber! Ale zaraz przyszła myśl … gdzie w Polsce na żywo w naturze może funkcjonować koliber? Skojarzenie mimo wszystko miało jakieś podstawy – swoim sposobem poruszania się i budową ciała przypomina najmniejszego ptaka świata. Tego pierwszego wieczoru nic więcej nie udało się zaobserwować, bo „zawisak” jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Następnego dnia miałem już na podorędziu aparat fotograficzny. Taki stary, analogowy, na kliszę fotograficzną. Na filmie zostały tylko trzy klatki … tak, to były takie czasy, gdy do każdego zdjęcia trzeba było się przyłożyć, bo standardowy film do aparatu oferował tylko 24 lub 36 klatek. Teraz, w dobie aparatów cyfrowych można sobie pstrykać ile się chce … ale nie o tym chciałem. Były trzy klatki i wszystkie poświęciłem na uchwycenie „kolibra”. Z wielką niecierpliwością czekałem na wywołanie zdjęć. Jeszcze w zakładzie fotograficznym w pierwszej kolejności przeglądałem właśnie te trzy odbitki. Niestety, nie wiele z nich można było wydedukować. Było widać na tle kielicha kwiatu jakąś plamę, ale nic z tego nie wynikało. Na trzecim zdjęciu można było zauważyć, że z tej „plamy” wystaje jakby rureczka którą to „coś” zanurza w kielichu kwiatka. W  sumie można było się spodziewać, że te zdjęcia będą marnej jakości. Pomijając kwestię niewłaściwego światła (to już był wczesny wieczór), trudno było na analogu dobrać właściwy czas naświetlania. A mój „koliber” poruszał się niesamowicie szybko. Tylko na moment, kiedy spija nektar z kwiatów, wygląda tak, jakby zawisł w powietrzu niczym koliber. To dlatego, że potrafi machać skrzydełkami z prędkością nawet 80 uderzeń na sekundę. Nie dziwne więc, że na zrobionych zdjęciach wyszła tylko plama na tle kwiatów. Że to Fruczak gołąbek dowiedziałem się dopiero po wielu latach, oglądając jakiś film przyrodniczy.

Fruczak pojawia się w naszym kraju na przełomie maja i czerwca, kiedy temperatury już się w miarę ustabilizują. Przylatuje do nas z południa Europy, gdzie bytuje, kiedy w tej części kontynentu panuje chłód. Pozostaje u nas do początku jesieni i wraca w ciepłe miejsca, by tam odbyć okres godowy.

Na filmiku zamieszczonym poniżej, udało mi się uchwycić Fruczaka przy naszej budlei. Trochę zapomniałem już o tym ujęciu. Zresztą nie za bardzo było się czym chwalić, bo fruczak latał wysoko, na tle jasnego nieba, więc poza sylwetką, na pewno piękną w poruszaniu się, nie było widać szczegółów. 


Fruczak jest motylem. Motyle zazwyczaj kojarzą nam się z barwnymi skrzydłami o fantazyjnych wzorach. Tymczasem Fruczak jest niewielkich rozmiarów, o krępej sylwetce, a skrzydła ma szarobrązowe, pokryte czarnymi liniami. Tylko tylna para skrzydeł jest pomarańczowa. Ale to nie ubarwienie w nim fascynuje, a jego sposób poruszania się. Coś niesamowitego.

Kilka dni przed załamaniem pogody wstąpiłem do sklepu ogrodniczego, by kupić kilka wrzosów. Kręcąc się pomiędzy stołami z roślinami wypatrzyłem latającego Fruczaka i skorzystałem z okazji by go nagrać. Warto się rozglądać, bo tuż, tuż można zauważyć coś pięknego.





piątek, 13 września 2024

Moje spotkania z lisami


Takie sobie niespodziewane spotkanie ... Czasem wałęsam się gdzieś polami i lasami, marząc by coś ciekawego wypatrzeć. A tu ... w biały dzień, w środku miasta ... 

No właśnie wczoraj miałem takie spotkanie. Pracuję w jednej z kolejowych firm, więc często poruszam się po torach, po terenach mocno zabudowanych różnymi obiektami przemysłowymi. Nieraz zdarzało mi się, że tuż przede mną zerwał się jakiś przestraszony szarak. Zwłaszcza wiosną można zauważyć wiele gatunków ptaków, gnieżdżących się w zakamarkach starych hal i różnych dziwnych kolejowych konstrukcji. Ale z lisem spotkałem się w tym miejscu po raz pierwszy.    

W trakcie swoich wędrówek po leśnych i polnych terenach udało mi się kilkakrotnie spotkać - podejrzeć lisa. Zwykle było to ułamki sekund, obraz znikającej w gęstwinie rudej kity. W pamięci zostały mi trzy takie spotkania. Pierwsze takie znaczące dla mnie spotkanie miało miejsce nad Kanałem Gliwickim, w rejonie miejscowości Taciszów. Wracałem już z porannej włóczęgi. Poczułem w bucie jakiś kamyk, który mimo swoi mikroskopijnych rozmiarów, bardzo przeszkadzał zmęczonej stopie. Usiadłem więc na brzegu kanału i zająłem się zdejmowaniem buta. Brzeg po drugiej stronie zarośnięty był gęstymi krzewami i tylko w jednym miejscu pomiędzy nimi znajdowała się niewielka wolna przestrzeń, luka, przez którą człowiekowi trudno byłoby się przedostać. Kamyk wyciągnięty, but zawiązany, miałem więc już zamiar ruszyć dalej. I to właśnie w tym momencie, kątem oka zauważyłem coś rudego, wyłaniającego się właśnie z tej opisanej powyżej luki. Znieruchomiałem zapatrzony. To był dorosły lis. Wspaniały, rudy, z białym pyskiem i krawatem na piersi. Zszedł ostrożnie z pochyłości brzegu nad samo lustro wody. Zaczął chłeptać wodę, strzygąc jednocześnie czujnie uszami. Patrzyłem zauroczony. W którymś momencie musiał wreszcie mnie zauważyć. Nie wiem czy to jakiś ruch czy też woń człowieka zwróciła jego uwagę. W głowie pojawiła się myśl, że wszystko za chwilę przeminie, że lis gwałtownie zrobi w tył zwrot i tyle go będę widział. Tymczasem on podniósł łeb, popatrzył na mnie uważnie i przysiadł na zadzie. Patrzył na mnie z miną “... i co mi zrobisz?” - tak jakby miał świadomość faktu, że nie mam możliwości jednym skokiem pokonać szerokości kanału. Ile to trwało? ... może minutę, może troszkę dłużej. Drogą szutrową za moimi plecami ktoś jechał na klekoczącym rowerze. Odwróciłem się do tego kogoś z milczącą prośbą na twarzy “nie, nie teraz, nie psuj tej chwili”, ale niestety było za późno. Po odwróceniu się z powrotem, na drugim brzegu już nikogo nie było. 

Drugie spotkanie miało miejsce w okolicach wsi Bycina. W trakcie wędrówek polnymi drogami, staram się poruszać w taki sposób, żeby nie być specjalnie widocznym z daleka. Sam z kolei staram się spoglądać daleko do przodu, wypatrując najmniejszych oznak jakiegoś ruchu, różnicę w kolorystyce otaczającej nas zieleni. Tak najłatwiej coś wypatrzeć. I wtedy też tak było. W pierwszym momencie, jakieś dwieście metrów przede mną zauważyłem niepasującą do otoczenia rudą plamkę. Przysiadłem momentalnie w kuckach i podnosząc delikatnie głowę, próbowałem wypatrzeć, cóż to takiego. Akurat na tym odcinku droga była zarośnięta dość wysoką trawą i polnymi roślinami. Przez te morze traw prowadziły dwie koleiny, wyjeżdżone przez rolnicze maszyny. Próbowałem coś wypatrzeć, ale wydawało się, że nic z tego nie będzie. I nagle zaskoczenie – z jednej koleiny do tej po drugiej stronie przeskoczył młody lis. Wyskoczył tak jakoś dziwnie, energicznie jakby wystrzelony z procy do góry, ze sztywno wyprostowanymi łapami. Jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia, kiedy na tego pierwszego liska spadł nie wiadomo skąd drugi. Zrobiło się małe zamieszanie, liski tarmosiły się nawzajem za sterczące uszka. Po chwili znieruchomiały spoglądając w kierunku przeciwnym do miejsca, w którym siedziałem. Coś ich pewnie zaniepokoiło z tamtej strony, bo ruszyły truchtem w moim kierunku. Jakieś piętnaście metrów przede mną musiały mnie wyczuć, bo gwałtownie się zatrzymały. Ten z tyłu już po chwili myknął w zarośla po lewej stronie. Ten który szedł jako pierwszy, ruszył jeszcze kilka kroków w moją stronę. Próbowałem wykorzystać okazję i pstryknąć przynajmniej jedno zdjęcie. Oczywiście mój ruch przy migawce aparatu zaalarmował liska i dwoma susami zniknął w leśnej gęstwienie. Wysokie trawy, emocje, to wszystko spowodowało, że ze zdjęcia nie wiele wynika. Zresztą zobaczcie sami ... jesteście wstanie w tej gęstwinie dostrzec lisią mordkę?  


Trzecie spotkanie miało miejsce wczesnym rankiem. Mglisto, szaro, wczesna jesień. Polna droga, którą wędrowałem w kierunku stadniny w Pławnowicach, przechodziła pod wiaduktem kolejowym i zaraz zanim zakręcała o 360 stopni po drugiej stronie nasypu kolejowego. Kiedy wyszedłem z zakrętu, przede mną rozegrała się scena pokazana na poniższym zdjęciu ...


Na końcu prostego odcinka drogi stał jelonek, a kilka metrów przed nim siedział lis. Tak bardzo chciałem uwiecznić to co się działo przede mną w migawce aparatu. Wiedziałem, że poziom światła, odległość, słaby obiektyw nie pozwolą na jakoś super ujęcie, ale wiedziałem, że taka okazja może mi się już nigdy nie zdarzyć. Manewrowanie przy ustawieniach aparatu, zwróciło uwagę lisa na moją osobę. Podniósł się na łapy ruszył parę kroków w moją stronę, by po chwili skręcić w gęstwinę rosnącej kukurydzy. Dziwne, ale jelonek nie zareagował jak lis. Popatrzył w moim kierunku i spokojnie odszedł w swoją stronę. Dzięki temu udało mi się jeszcze go uwiecznić na krótkim filmiku. Lis nie miał ochoty zostać bohaterem filmiku i nim udało mi się przełączyć na tryb filmu, zniknął bezszelestnie, jak to ma w swoich zwyczajach.  

Fascynujący lot Fruczaka

Ostatnie dni, to spadek temperatury i duża porcja opadów deszczu. Czy to już definitywnie koniec lata … A koniec lata kojarzy mi się z międz...