Takie sobie niespodziewane spotkanie ... Czasem wałęsam się gdzieś polami i lasami, marząc by coś ciekawego wypatrzeć. A tu ... w biały dzień, w środku miasta ...
No właśnie wczoraj miałem takie spotkanie. Pracuję w jednej z kolejowych firm, więc często poruszam się po torach, po terenach mocno zabudowanych różnymi obiektami przemysłowymi. Nieraz zdarzało mi się, że tuż przede mną zerwał się jakiś przestraszony szarak. Zwłaszcza wiosną można zauważyć wiele gatunków ptaków, gnieżdżących się w zakamarkach starych hal i różnych dziwnych kolejowych konstrukcji. Ale z lisem spotkałem się w tym miejscu po raz pierwszy.
W trakcie swoich wędrówek po leśnych i polnych terenach udało mi się kilkakrotnie spotkać - podejrzeć lisa. Zwykle było to ułamki sekund, obraz znikającej w gęstwinie rudej kity. W pamięci zostały mi trzy takie spotkania. Pierwsze takie znaczące dla mnie spotkanie miało miejsce nad Kanałem Gliwickim, w rejonie miejscowości Taciszów. Wracałem już z porannej włóczęgi. Poczułem w bucie jakiś kamyk, który mimo swoi mikroskopijnych rozmiarów, bardzo przeszkadzał zmęczonej stopie. Usiadłem więc na brzegu kanału i zająłem się zdejmowaniem buta. Brzeg po drugiej stronie zarośnięty był gęstymi krzewami i tylko w jednym miejscu pomiędzy nimi znajdowała się niewielka wolna przestrzeń, luka, przez którą człowiekowi trudno byłoby się przedostać. Kamyk wyciągnięty, but zawiązany, miałem więc już zamiar ruszyć dalej. I to właśnie w tym momencie, kątem oka zauważyłem coś rudego, wyłaniającego się właśnie z tej opisanej powyżej luki. Znieruchomiałem zapatrzony. To był dorosły lis. Wspaniały, rudy, z białym pyskiem i krawatem na piersi. Zszedł ostrożnie z pochyłości brzegu nad samo lustro wody. Zaczął chłeptać wodę, strzygąc jednocześnie czujnie uszami. Patrzyłem zauroczony. W którymś momencie musiał wreszcie mnie zauważyć. Nie wiem czy to jakiś ruch czy też woń człowieka zwróciła jego uwagę. W głowie pojawiła się myśl, że wszystko za chwilę przeminie, że lis gwałtownie zrobi w tył zwrot i tyle go będę widział. Tymczasem on podniósł łeb, popatrzył na mnie uważnie i przysiadł na zadzie. Patrzył na mnie z miną “... i co mi zrobisz?” - tak jakby miał świadomość faktu, że nie mam możliwości jednym skokiem pokonać szerokości kanału. Ile to trwało? ... może minutę, może troszkę dłużej. Drogą szutrową za moimi plecami ktoś jechał na klekoczącym rowerze. Odwróciłem się do tego kogoś z milczącą prośbą na twarzy “nie, nie teraz, nie psuj tej chwili”, ale niestety było za późno. Po odwróceniu się z powrotem, na drugim brzegu już nikogo nie było.
Drugie spotkanie miało miejsce w okolicach wsi Bycina. W trakcie wędrówek polnymi drogami, staram się poruszać w taki sposób, żeby nie być specjalnie widocznym z daleka. Sam z kolei staram się spoglądać daleko do przodu, wypatrując najmniejszych oznak jakiegoś ruchu, różnicę w kolorystyce otaczającej nas zieleni. Tak najłatwiej coś wypatrzeć. I wtedy też tak było. W pierwszym momencie, jakieś dwieście metrów przede mną zauważyłem niepasującą do otoczenia rudą plamkę. Przysiadłem momentalnie w kuckach i podnosząc delikatnie głowę, próbowałem wypatrzeć, cóż to takiego. Akurat na tym odcinku droga była zarośnięta dość wysoką trawą i polnymi roślinami. Przez te morze traw prowadziły dwie koleiny, wyjeżdżone przez rolnicze maszyny. Próbowałem coś wypatrzeć, ale wydawało się, że nic z tego nie będzie. I nagle zaskoczenie – z jednej koleiny do tej po drugiej stronie przeskoczył młody lis. Wyskoczył tak jakoś dziwnie, energicznie jakby wystrzelony z procy do góry, ze sztywno wyprostowanymi łapami. Jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia, kiedy na tego pierwszego liska spadł nie wiadomo skąd drugi. Zrobiło się małe zamieszanie, liski tarmosiły się nawzajem za sterczące uszka. Po chwili znieruchomiały spoglądając w kierunku przeciwnym do miejsca, w którym siedziałem. Coś ich pewnie zaniepokoiło z tamtej strony, bo ruszyły truchtem w moim kierunku. Jakieś piętnaście metrów przede mną musiały mnie wyczuć, bo gwałtownie się zatrzymały. Ten z tyłu już po chwili myknął w zarośla po lewej stronie. Ten który szedł jako pierwszy, ruszył jeszcze kilka kroków w moją stronę. Próbowałem wykorzystać okazję i pstryknąć przynajmniej jedno zdjęcie. Oczywiście mój ruch przy migawce aparatu zaalarmował liska i dwoma susami zniknął w leśnej gęstwienie. Wysokie trawy, emocje, to wszystko spowodowało, że ze zdjęcia nie wiele wynika. Zresztą zobaczcie sami ... jesteście wstanie w tej gęstwinie dostrzec lisią mordkę?
Trzecie spotkanie miało miejsce wczesnym rankiem. Mglisto, szaro, wczesna jesień. Polna droga, którą wędrowałem w kierunku stadniny w Pławnowicach, przechodziła pod wiaduktem kolejowym i zaraz zanim zakręcała o 360 stopni po drugiej stronie nasypu kolejowego. Kiedy wyszedłem z zakrętu, przede mną rozegrała się scena pokazana na poniższym zdjęciu ...
Na końcu prostego odcinka drogi stał jelonek, a kilka metrów przed nim siedział lis. Tak bardzo chciałem uwiecznić to co się działo przede mną w migawce aparatu. Wiedziałem, że poziom światła, odległość, słaby obiektyw nie pozwolą na jakoś super ujęcie, ale wiedziałem, że taka okazja może mi się już nigdy nie zdarzyć. Manewrowanie przy ustawieniach aparatu, zwróciło uwagę lisa na moją osobę. Podniósł się na łapy ruszył parę kroków w moją stronę, by po chwili skręcić w gęstwinę rosnącej kukurydzy. Dziwne, ale jelonek nie zareagował jak lis. Popatrzył w moim kierunku i spokojnie odszedł w swoją stronę. Dzięki temu udało mi się jeszcze go uwiecznić na krótkim filmiku. Lis nie miał ochoty zostać bohaterem filmiku i nim udało mi się przełączyć na tryb filmu, zniknął bezszelestnie, jak to ma w swoich zwyczajach.
.jpg)
.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz