poniedziałek, 29 czerwca 2026

Azymut - PSZCZOŁY


Azymut PRZYRODA! Azymut ustawiony dziś na hasło „PSZCZOŁY”. Wybrałem się kilka dni temu nietypowo do Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny” w Chorzowie, zwanym popularnie chorzowskim Skansenem. Przechodząc kilkakrotnie obok Skansenu na teren Parku Śląskiego, z za ogrodzenia widziałem stojące na terenie Skansenu kilkanaście uli. Nie wiedziałem czy to czynna pasieka, ale wiedziałem, że to miejsce będzie mi pasowało do zagajenia tematu związanego z pszczelarstwem i gospodarowaniem przez nas terenami zielonymi. Teraz już wiem, że faktycznie na terenie skansenu funkcjonuje czynna pasieka. A jak pasieka, to i musi być miodek. To nie tylko przysmak dla takich łasuchów jak Kubuś Puchatek, ale naturalny składnik w diecie osób aktywnych. 80% miodu to cukry. Znajdują się w nim również mikroelementy takie jak potas, fosfor, magnez i wapń, niewielkie ilości aminokwasów, witamin takich jak B1, B2, B3, B6, kwas foliowy i witamina C.

Wiemy, że spożywanie miodu ma dla organizmu duże znaczenie. Reguluje i wzmacnia pracę serca. Ma łagodne działanie uspakajające. Działa antybakteryjnie i wspomaga nas przy leczeniu początkowych objawów przeziębienia, gdy męczy nas kaszel, chrypa czy ból gardła.


Pamiętam z czasów młodzieńczych taką mało sympatyczną sytuację … przeziębiony, podszedłem do jednej z klasowych koleżanek, by pożyczyć zeszyt z lekcjami, na których siłą rzeczy nie mogłem być. Mama koleżanki, usłyszawszy moje pokasływanie stwierdziła, że natychmiast muszę zażyć odpowiednią miksturę, która powinna mi ten dokuczliwy kaszel złagodzić. Dostałem więc od razu na miejscu do połknięcia dużą łyżkę miodu pomieszanego z czosnkiem. Może była to kwestia tego, że tej mikstury jednorazowo było tak dużo, może kwestia, że połknąłem to tak bez popicia, faktem jest, że nie zdążyłem spokojnie wrócić do domu, bo gdzieś po drodze oddałem całą zawartość żołądka. Po tym zdarzeniu długo miałem „uraz” do miodu i sam jego zapach zniechęcał mnie od delektowania się tym przysmakiem. Mądrość podobno przychodzi z wiekiem, chociaż jak tak rozglądam się w około, to zdarza mi się spotykać wielu takich, których to twierdzenie się nie tyczy. W każdym bądź razie ja, przynajmniej w tej kwestii trochę zmądrzałem i dzisiaj doceniam to co oferuje nam miód.

Miód – jak to łatwo wymówić, ale jak trudno zrozumieć trud jego wytworzenia. I tutaj wracam na ścieżkę moich przyrodniczych wypraw, na azymut – PRZYRODA. W trakcie swoich różnych mniej czy bardziej przyrodniczych wędrówek, miałem nie raz okazję spotkać się z pszczołami i różnymi innymi przedstawicielami owadziej rodziny, dzięki którym mamy nie tylko miód ale kolorowy świat w około.

Na proste pytanie o to skąd się bierze miód, każdy z nas pewnie zna prostą odpowiedź, że to pszczoły wytwarzają miód w ulach. Idąc za myślą przewodnią projektu „azymut – PRZYRODA” chciałem poznać jednak temat nieco głębiej. Zdawałem sobie sprawę z faktu, że nigdy nie będę pszczelarzem i nie potrzebna jest mi tajemna wiedza o tym czym jest dennica higieniczna, miodnia, zimowla, zsypaniec i inne fachowe pszczelarskie określenia. A jednak postanowiłem nieco liznąć tematu, by przy kolejnych wędrówkach w terenie, móc inaczej spojrzeć na latające tuż obok pszczoły. Gdzieś, w zasobach internetu udało mi się znaleźć jakieś poradniki dla początkujących pszczelarzy, ale pisane były one fachowym językiem. W zasobach bibliotecznych też nie wiele znalazłem.


Przypadek sprawił, że szukając książki o innej tematyce, trafiłem na stronie Wydawnictwa „Paśny Buriat” na tytuł o frapującym tytule „Z głową w ulach”. Autorka książki, pani Marta Konek opisuje w bardzo przystępny dla laika sposób świat małych stworzeń, którym zawdzięczamy tak wiele dobrego. Badania naukowe wskazują jasno na jeden bardzo ważny wniosek – bez pszczół, ale i zarazem innych owadów zapylających rośliny, ludzkość przeżyje najwyżej kilka lat. Większość gatunków roślin (szacuje się że nawet do 80% gatunków) wymaga zapylenia przez owady. Bez tej tytanicznej a zarazem bezpłatnej pracy owadów, zwyczajnie zabraknie nam żywności dla nas i dla zwierząt. Pamiętajcie - nie da się żyć samą chemią.

Dla statystycznego mieszczucha, wszelkie bzykające wokół głowy owady, są po prostu utrapieniem, uciążliwością w chwilach weekendowego wypoczynku. A tymczasem powinniśmy na ten cały brzęczący świat spojrzeć z innej perspektywy. Z perspektywy naszego wspólnego interesu, bo to, czy owady zapylające przetrwają, zależy od nas wszystkich. I o dziwo, każdy z nas – i ten który ma własny wielki ogród, i ten, kto swój mini ogródek stworzył na niewielkiej powierzchni balkonu w wielkim bloku, ma możliwość dołożyć swoje przysłowiowe pięć groszy. Wystarczy że zadbamy, żeby w naszych ogrodach było więcej kwiatów, więcej roślin dających nasiona i owoce, a mniej krótko przyciętego trawnika i wszechobecnego asfaltu lub kostki chodnikowej. To w okresie kwitnienia tych wszystkich roślin poprawi sytuację wszystkich owadów zapylających, da pole dla współistnienia dla owadów, ptaków i drobnych zwierząt. Jak pisze pani Marta w swojej książce - … mądre prowadzenie ogrodu, to także przepis na zdrowie jego użytkowników i zdrową żywność dla całej rodziny. A czy większość z nas, którzy nie mają własnego ogródka może też jakoś pomóc w tym temacie? Oczywiście tak. Bądźmy czujni i aktywni w naszych małych lokalnych społecznościach.


Przykładowo prosta sprawa, którą obserwuję w ostatnich latach na moim osiedlu. Mieszkam w miejscu, gdzie jest stosunkowo dużo zieleni. Administratorzy zlecają więc okresowo koszenie trawy. Pewnie dla oszczędności zleca się taką usługę tylko dwukrotnie w sezonie, przy czym dana firma wykonująca zlecenie otrzymuje polecenie by kosić trawę równo z gruntem. W efekcie, przy tak wysokich temperaturach jakie odnotowujemy w ostatnich latach i braku naturalnych opadów, pozostałości trawy szybko wysychają i już w lipcu mamy „wspaniałe” jesienno-brązowe połacie, które nie są w stanie się zregenerować. Moja była harcerska Szefowa powtarzała do znudzenia frazę – „nie reagujesz – to akceptujesz”. Może nie we wszystkich aspektach życia można przełożyć te słowa na zasadzie „jeden do jednego”, ale tutaj jak najbardziej trzeba reagować. Namawiam Was więc do reagowania, to współtworzenia przestrzeni, gdzie przyszło Wam żyć. Dajcie sobie szansę na uświadomienie sobie faktu, że nie wszystkie nowoczesne wynalazki – patrz  kostki chodnikowe, asfalty, plastykowe gadżety i tym podobne rzeczy – muszą nam wyjść na zdrowie.


A wracając do meritum sprawy – polecam Wam książkę Pani Marty. Jest ona napisana w bardzo przystępny sposób, językiem zrozumiałym dla kogoś, kto nie jest i nie ma zamiaru być pszczelarzem. Ale zarazem dla kogoś kto chce się dowiedzieć … jak urządzony jest ul? jak długo żyją pszczoły? ile trzeba zebrać pyłku, by powstała łyżeczka miodu? jak pszczoły wychowują sobie królową? czy pszczoły śpią zimą? … na te i jeszcze wiele innych prostych pytań, znalazłem proste odpowiedzi, bardzo rozszerzających moją wiedzę o tym dziwnym owadzim świecie.

A jak będziecie gdzieś w pobliżu Parku Śląskiego w Chorzowie, zajrzyjcie również do Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny” w Chorzowie - nie tylko ze względu na prezentacje dotyczące pszczelarstwa, warto po prostu zobaczyć wspaniałe rzeczy z historii śląskiej ziemi.

Dla tych, którzy jeszcze nie są przekonani, kilka zdjęć na zachętę ...






    

sobota, 20 czerwca 2026

Azymut - POLNE ŁĄKI


Azymut PRZYRODA – dzisiaj ustawiony na coś, co kiedyś, w czas wakacyjnych wyjazdów do rodziny na wieś, było czymś normalnym.  No bo dawniej, kolorowe łąki były znacznie częstszym elementem polskiego krajobrazu, niż w dzisiejszych czasach. Nie mogłem więc sobie odmówić krótkiego postoju w miejscu, gdzie kolory, zapachy, dźwięki, wywołały wspomnienie dawnych czasów.

Dzisiaj takie miejsca znalazłem na pograniczu Taciszowa i Byciny. Fragment nieużytku, a tak wiele, tak bardzo różnorodnych przyrodniczo środowisk. Na niewielkiej powierzchni można spotkać dziesiątki gatunków kwiatów, traw, ziół, ale zarazem owadów i małych zwierząt. Taka łąka to uczta dla oczu i nosa, ale trzeba podkreślić również inne aspekty z nią związane.


Z tak skomponowanego środowiska mamy konkretne korzyści. Bogactwo roślin które tam spotykamy pomaga zatrzymywać wodę w glebie, dzięki czemu łąki ograniczają skutki suszy. Polne kwiaty dostarczają nektaru owadom zapylającym. Ileż tam różnego rodzaju owadów  korzysta z tej „polnej stołówki”, możecie się przekonać oglądając załączony filmik. Wszystkie te kwiaty stanowią kluczowe źródło pokarmu dla pszczół, motyli i innych owadów. To wszystko ze sobą jest wzajemnie powiązane, a zdarza się nawet, że niektóre owady związane są tylko z określonymi gatunkami roślin występujących tylko na takich łąkach. Oczywiście, korzyść jest wzajemna, bo dzięki tej owadziej braci, kwiaty są zapylane. 

Nie sposób wymienić wszystkich roślin, które rosną w takim miejscu. Nie znam się na gatunkach dzikich traw, ziół czy wielu gatunków kwiatów. Skupiłem się więc tylko na tych roślinach, które ze względu na ich barwę, kształty czy zapach, najbardziej wyróżniały się w tym miejscu. Wszyscy znamy polne maki – charakterystyczne czerwone „sukienki” kwiatów rzucają się z daleka w oczy. W kontraście do tego „czerwonego dywanu” wspaniale wkomponowują się niebieskie kwiaty chabrów. Całe kępy popularnych polnych margaretek o białych płatkach,  ale i dziurawiec, lepnica biała, koniczyna i stokrotki oraz setki innych roślin można podziwiać w tym miejscu.

Ostatnimi czasy modnym staje się tworzenie w miastach takich kwietnych łąk. Specjalne mieszanki różnych kwiatów, ziół i polnych roślin, wysiewa się w ogrodach i miejskich terenach zielonych jako alternatywa dla trawników. Działania takie na pewno wspierają bioróżnorodność w takich miejscach. Oby było takich miejsc jak najwięcej. Na moim osiedlu niestety niema takich miejsc, chociaż terenów zielonych jest wiele. Szkoda tylko, że nieumiejętnie nimi się gospodarzy. Ale o tym kilka zdań przy innej okazji.

Mamy z łąkami wiele różnych skojarzeń – kołysane wiatrem trawy i kwiaty, upajające aromaty ziół, pląsające na wietrze motyle, bąki, osy i pszczoły brzęczące nad uchem i spacery, które kończyły się szybszym biciem serca … To wszystko było i myślę, że dalej jest inspiracją dla tych, którzy pisali / piszą poważne teksty, a i dla tych którzy tak jak ja, posługują się częstochowskimi rymami, by opisać to całe piękno. Trudno się zdecydować , co w takiej chwili zacytować,  bo łąka w utworach prozatorskich, jak i poetyckich pełni różne funkcje. 

Pierwsze co mi się wyświetliło, po wpisaniu zapytania w popularnej przeglądarce internetowej, to fragmenty wiersza Marii Konopnickiej pt. „Ach, ta przecudna, cicha łąka…”

„Ach, ta przecudna, cicha łąka,
Gdzie myśl się moja we snach błąka,
Gdzie marzeń płynie zdrój…

Anioły po niej chodzą rano
Ścieżyną w perły usypaną,
Cały ich chodzi rój”.

W to zaczarowane miejsce, pokazane Wam na zdjęciach, ściągnął mnie przede wszystkim obraz czerwonego dywanu maków.  Przytoczę więc w tym miejscu krótki tekst, poczyniony kiedyś tam dawno temu i schowany głęboko w szufladzie …

Maku drżący …
Ulotna, delikatna twoja sukienka
Pląsa zalotnie na wietrze
Zazdrosna o twą czerwień biedronka
Kropkami zachlapuje mi wiersze.

Maku drżący …
Z siostrami czerwonym dywanem
Wyściełasz łąki złociste
Dywan nakrapiany chabru błękitem
Wiatr cichą melodią kołysze. 









niedziela, 15 września 2024

Fascynujący lot Fruczaka


Ostatnie dni, to spadek temperatury i duża porcja opadów deszczu. Czy to już definitywnie koniec lata … A koniec lata kojarzy mi się z między innymi z motylim tańcem. Na działce mamy Budleję Dawida, zwaną potocznie motylim drzewkiem. Przychodzi taki moment, kiedy wokół jego kwiatów tańczą całe tabuny motyli. Pojawia się tam też gość specjalny – Fruczak gołąbek. Według Wikipedii – motyl z rodziny zawisakowatych (dłużniec gwiaździk - Macroglossum stellatarum). Moje pierwsze spotkanie z „zawisakiem” miało miejsce kilkanaście lat temu. Siedząc na werandzie domku letniskowego, któregoś wieczora zauważyliśmy małe stworzonko, szybko poruszające się od kwiatu do kwiatu rośliny, pokrywającej siatkę zawieszoną na konstrukcji altany. Pierwsze skojarzenie – to chyba koliber! Ale zaraz przyszła myśl … gdzie w Polsce na żywo w naturze może funkcjonować koliber? Skojarzenie mimo wszystko miało jakieś podstawy – swoim sposobem poruszania się i budową ciała przypomina najmniejszego ptaka świata. Tego pierwszego wieczoru nic więcej nie udało się zaobserwować, bo „zawisak” jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Następnego dnia miałem już na podorędziu aparat fotograficzny. Taki stary, analogowy, na kliszę fotograficzną. Na filmie zostały tylko trzy klatki … tak, to były takie czasy, gdy do każdego zdjęcia trzeba było się przyłożyć, bo standardowy film do aparatu oferował tylko 24 lub 36 klatek. Teraz, w dobie aparatów cyfrowych można sobie pstrykać ile się chce … ale nie o tym chciałem. Były trzy klatki i wszystkie poświęciłem na uchwycenie „kolibra”. Z wielką niecierpliwością czekałem na wywołanie zdjęć. Jeszcze w zakładzie fotograficznym w pierwszej kolejności przeglądałem właśnie te trzy odbitki. Niestety, nie wiele z nich można było wydedukować. Było widać na tle kielicha kwiatu jakąś plamę, ale nic z tego nie wynikało. Na trzecim zdjęciu można było zauważyć, że z tej „plamy” wystaje jakby rureczka którą to „coś” zanurza w kielichu kwiatka. W  sumie można było się spodziewać, że te zdjęcia będą marnej jakości. Pomijając kwestię niewłaściwego światła (to już był wczesny wieczór), trudno było na analogu dobrać właściwy czas naświetlania. A mój „koliber” poruszał się niesamowicie szybko. Tylko na moment, kiedy spija nektar z kwiatów, wygląda tak, jakby zawisł w powietrzu niczym koliber. To dlatego, że potrafi machać skrzydełkami z prędkością nawet 80 uderzeń na sekundę. Nie dziwne więc, że na zrobionych zdjęciach wyszła tylko plama na tle kwiatów. Że to Fruczak gołąbek dowiedziałem się dopiero po wielu latach, oglądając jakiś film przyrodniczy.

Fruczak pojawia się w naszym kraju na przełomie maja i czerwca, kiedy temperatury już się w miarę ustabilizują. Przylatuje do nas z południa Europy, gdzie bytuje, kiedy w tej części kontynentu panuje chłód. Pozostaje u nas do początku jesieni i wraca w ciepłe miejsca, by tam odbyć okres godowy.

Na filmiku zamieszczonym poniżej, udało mi się uchwycić Fruczaka przy naszej budlei. Trochę zapomniałem już o tym ujęciu. Zresztą nie za bardzo było się czym chwalić, bo fruczak latał wysoko, na tle jasnego nieba, więc poza sylwetką, na pewno piękną w poruszaniu się, nie było widać szczegółów. 


Fruczak jest motylem. Motyle zazwyczaj kojarzą nam się z barwnymi skrzydłami o fantazyjnych wzorach. Tymczasem Fruczak jest niewielkich rozmiarów, o krępej sylwetce, a skrzydła ma szarobrązowe, pokryte czarnymi liniami. Tylko tylna para skrzydeł jest pomarańczowa. Ale to nie ubarwienie w nim fascynuje, a jego sposób poruszania się. Coś niesamowitego.

Kilka dni przed załamaniem pogody wstąpiłem do sklepu ogrodniczego, by kupić kilka wrzosów. Kręcąc się pomiędzy stołami z roślinami wypatrzyłem latającego Fruczaka i skorzystałem z okazji by go nagrać. Warto się rozglądać, bo tuż, tuż można zauważyć coś pięknego.





piątek, 13 września 2024

Moje spotkania z lisami


Takie sobie niespodziewane spotkanie ... Czasem wałęsam się gdzieś polami i lasami, marząc by coś ciekawego wypatrzeć. A tu ... w biały dzień, w środku miasta ... 

No właśnie wczoraj miałem takie spotkanie. Pracuję w jednej z kolejowych firm, więc często poruszam się po torach, po terenach mocno zabudowanych różnymi obiektami przemysłowymi. Nieraz zdarzało mi się, że tuż przede mną zerwał się jakiś przestraszony szarak. Zwłaszcza wiosną można zauważyć wiele gatunków ptaków, gnieżdżących się w zakamarkach starych hal i różnych dziwnych kolejowych konstrukcji. Ale z lisem spotkałem się w tym miejscu po raz pierwszy.    

W trakcie swoich wędrówek po leśnych i polnych terenach udało mi się kilkakrotnie spotkać - podejrzeć lisa. Zwykle było to ułamki sekund, obraz znikającej w gęstwinie rudej kity. W pamięci zostały mi trzy takie spotkania. Pierwsze takie znaczące dla mnie spotkanie miało miejsce nad Kanałem Gliwickim, w rejonie miejscowości Taciszów. Wracałem już z porannej włóczęgi. Poczułem w bucie jakiś kamyk, który mimo swoi mikroskopijnych rozmiarów, bardzo przeszkadzał zmęczonej stopie. Usiadłem więc na brzegu kanału i zająłem się zdejmowaniem buta. Brzeg po drugiej stronie zarośnięty był gęstymi krzewami i tylko w jednym miejscu pomiędzy nimi znajdowała się niewielka wolna przestrzeń, luka, przez którą człowiekowi trudno byłoby się przedostać. Kamyk wyciągnięty, but zawiązany, miałem więc już zamiar ruszyć dalej. I to właśnie w tym momencie, kątem oka zauważyłem coś rudego, wyłaniającego się właśnie z tej opisanej powyżej luki. Znieruchomiałem zapatrzony. To był dorosły lis. Wspaniały, rudy, z białym pyskiem i krawatem na piersi. Zszedł ostrożnie z pochyłości brzegu nad samo lustro wody. Zaczął chłeptać wodę, strzygąc jednocześnie czujnie uszami. Patrzyłem zauroczony. W którymś momencie musiał wreszcie mnie zauważyć. Nie wiem czy to jakiś ruch czy też woń człowieka zwróciła jego uwagę. W głowie pojawiła się myśl, że wszystko za chwilę przeminie, że lis gwałtownie zrobi w tył zwrot i tyle go będę widział. Tymczasem on podniósł łeb, popatrzył na mnie uważnie i przysiadł na zadzie. Patrzył na mnie z miną “... i co mi zrobisz?” - tak jakby miał świadomość faktu, że nie mam możliwości jednym skokiem pokonać szerokości kanału. Ile to trwało? ... może minutę, może troszkę dłużej. Drogą szutrową za moimi plecami ktoś jechał na klekoczącym rowerze. Odwróciłem się do tego kogoś z milczącą prośbą na twarzy “nie, nie teraz, nie psuj tej chwili”, ale niestety było za późno. Po odwróceniu się z powrotem, na drugim brzegu już nikogo nie było. 

Drugie spotkanie miało miejsce w okolicach wsi Bycina. W trakcie wędrówek polnymi drogami, staram się poruszać w taki sposób, żeby nie być specjalnie widocznym z daleka. Sam z kolei staram się spoglądać daleko do przodu, wypatrując najmniejszych oznak jakiegoś ruchu, różnicę w kolorystyce otaczającej nas zieleni. Tak najłatwiej coś wypatrzeć. I wtedy też tak było. W pierwszym momencie, jakieś dwieście metrów przede mną zauważyłem niepasującą do otoczenia rudą plamkę. Przysiadłem momentalnie w kuckach i podnosząc delikatnie głowę, próbowałem wypatrzeć, cóż to takiego. Akurat na tym odcinku droga była zarośnięta dość wysoką trawą i polnymi roślinami. Przez te morze traw prowadziły dwie koleiny, wyjeżdżone przez rolnicze maszyny. Próbowałem coś wypatrzeć, ale wydawało się, że nic z tego nie będzie. I nagle zaskoczenie – z jednej koleiny do tej po drugiej stronie przeskoczył młody lis. Wyskoczył tak jakoś dziwnie, energicznie jakby wystrzelony z procy do góry, ze sztywno wyprostowanymi łapami. Jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia, kiedy na tego pierwszego liska spadł nie wiadomo skąd drugi. Zrobiło się małe zamieszanie, liski tarmosiły się nawzajem za sterczące uszka. Po chwili znieruchomiały spoglądając w kierunku przeciwnym do miejsca, w którym siedziałem. Coś ich pewnie zaniepokoiło z tamtej strony, bo ruszyły truchtem w moim kierunku. Jakieś piętnaście metrów przede mną musiały mnie wyczuć, bo gwałtownie się zatrzymały. Ten z tyłu już po chwili myknął w zarośla po lewej stronie. Ten który szedł jako pierwszy, ruszył jeszcze kilka kroków w moją stronę. Próbowałem wykorzystać okazję i pstryknąć przynajmniej jedno zdjęcie. Oczywiście mój ruch przy migawce aparatu zaalarmował liska i dwoma susami zniknął w leśnej gęstwienie. Wysokie trawy, emocje, to wszystko spowodowało, że ze zdjęcia nie wiele wynika. Zresztą zobaczcie sami ... jesteście wstanie w tej gęstwinie dostrzec lisią mordkę?  


Trzecie spotkanie miało miejsce wczesnym rankiem. Mglisto, szaro, wczesna jesień. Polna droga, którą wędrowałem w kierunku stadniny w Pławnowicach, przechodziła pod wiaduktem kolejowym i zaraz zanim zakręcała o 360 stopni po drugiej stronie nasypu kolejowego. Kiedy wyszedłem z zakrętu, przede mną rozegrała się scena pokazana na poniższym zdjęciu ...


Na końcu prostego odcinka drogi stał jelonek, a kilka metrów przed nim siedział lis. Tak bardzo chciałem uwiecznić to co się działo przede mną w migawce aparatu. Wiedziałem, że poziom światła, odległość, słaby obiektyw nie pozwolą na jakoś super ujęcie, ale wiedziałem, że taka okazja może mi się już nigdy nie zdarzyć. Manewrowanie przy ustawieniach aparatu, zwróciło uwagę lisa na moją osobę. Podniósł się na łapy ruszył parę kroków w moją stronę, by po chwili skręcić w gęstwinę rosnącej kukurydzy. Dziwne, ale jelonek nie zareagował jak lis. Popatrzył w moim kierunku i spokojnie odszedł w swoją stronę. Dzięki temu udało mi się jeszcze go uwiecznić na krótkim filmiku. Lis nie miał ochoty zostać bohaterem filmiku i nim udało mi się przełączyć na tryb filmu, zniknął bezszelestnie, jak to ma w swoich zwyczajach.  

Azymut - PSZCZOŁY

Azymut PRZYRODA! Azymut ustawiony dziś na hasło „PSZCZOŁY”. Wybrałem się kilka dni temu nietypowo do Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny”...